W ramach eksperymentu (może taka forma będzie pojawiać się na blogu częściej) porównanie dwóch Dungeon Crawlów z epok – osadzonego luźno w świecie Tolkiena Angbandu i Fate.
Grafika:
Fate - Zacznę od tego co najbardziej rzuca się w oczy. Twórcy Fate chwalą się „bogatą, szczegółową (J) grafiką 3D”. Gra ma się sprzedać, rozumiem, trzeba ją reklamować - tutaj jednak trochę przesadzili, zwłaszcza, że gra stara nie jest (premiera w 2005). Ale tylko trochę - Fate dla oka jest bardzo miły i pozytywnie wybija się ponad podobne produkcje. Nie jest to Legend, ani wykorzystujące Physxa Space Siege, ale i tak na wrażenia wizualne nie ma co narzekać. Na postaci widać jej uzbrojenie, grafika jest baśniowa, nawet na potwory miło popatrzeć, zwłaszcza jeśli trafi się na wielkiego smoka, któremu bohater sięga do kolan. Jednocześnie gra ma śmiesznie małe wymagania sprzętowe i ruszy nawet na naprawdę starym sprzęcie.

Angband- No dobra… Tutaj nie ma nawet co porównywać. Wymagania? Jeśli działa Ci kalkulator Windowsa to Angband też pójdzie. Pełne 2D, postać gracza i potwory w najlepszych ustawieniach to pola 32x32 pikseli. Obecna wersja 3.11 waży 7 MB, więc trudno się dziwić, że śliczny nie będzie. Czy to przeszkadza? W zasadzie nie, myślę że może tylko odstraszyć na początku.

Muzyka:
Fate - Trzy motywy przygrywające w tle to trochę mało, ale nic nie stoi na przeszkodzie, że zostawić sobie znośne dźwięki, a jako muzykę włączyć swoją ulubioną płytę. Bardzo dobry głos lektora. Na poziomie tego z cywilizacji czy Fable.
Ekhem… Jeżeli nie wyłączy się dźwięków w Angbandzie, człowiek po kilku minutach pisków chce wyrzucić komputer przez okno…
Postać:
Włączamy Fate i… bieda panie, bieda. Wybieramy płeć, uczesanie, wygląd twarzy (z kilku dostępnych, to nie Aion, gdzie można grać Obamą) i rasę towarzyszącego nam zwierzaka – kota albo psa. Niestety, ten aspekt to porażka. Na szczęście rozwój jest znacznie ciekawszy. Co poziom otrzymujemy 5 punktów do rozdysponowania między siłę, zręczność, kondycję i magię. Do tego 2 punkty umiejętności, używane do specjalizacji w wybranym typie broni, szybszego rzucania czarów, poznania danej szkoły magii, zadawania krytycznych obrażeń, posługiwania się tarczą, dwoma broniami itp. W praktyce nasza postać zaczyna jako nikt a potem robimy z nią co chcemy. Można grać stricte wojownikiem, magiem, rangerem, ale gra premiuje kombinacje. Możemy być zatem np. łucznikiem specjalizującym się w przyzywaniu potworów, które swarmują wroga, kiedy on bezpiecznie strzela z dystansu, albo wojownikiem potrafiącym trzykrotnie przyspieszyć swoje ruchy, aby zadawać kilka ciosów na sekundę. Wybór „czystej” specjalizacji kończy się tym, że albo brakuje nam „crown control”, zadajemy za mało dps, mamy za mało hp itd…

Angband wita nas wyborem płci, jednej z 11 ras (także Półtroll i Dunedain) i jednej z 6 klas. O ile wybór płci nie ma żadnego znaczenia, to każda z ras i klas modyfikuje startowe cechy (odpowiadające tym z D&D) oraz tempo zdobywania doświadczenia – np. dla wyrównania potężnych bonusów Dunedainów ich każdy poziom wymaga zebrania prawie dwa razy większej ilości expa. Tutaj Angband ma znaczną przewagę nad Fate’em, gorzej natomiast wygląda levelowanie bohatera, bo jedyne co się zmienia to umiejętności przeszukiwania, uników itp. oraz poziom HP i MP – wpływu na to żadnego niestety nie mamy i tutaj Fate zdecydowanie góruje.

Miasto:
W Fate możemy się tam uleczyć, zakupić wszelki potrzebny sprzęt, wymienić klejnoty ulepszające nasz ekwipunek, wybrać nowe zadania do wykonania i zakląć broń. Inna sprawa, że zadania to ubicie potwora, potworów, znalezienie przedmiotu albo wszystko to naraz w jednym.
Angband oferuje tylko zakupy, questów w nim nie uświadczysz, za to zaklinanie broni zostało wprowadzone w inny sposób – przez używanie znajdowanych w podziemiach i sklepach zwojów. Modyfikują one jednak tylko bonus atak/obrona, podczas gdy magicznie bronie Fate mają wpływ na wszelkie atrybuty postaci.
Gameplay i cel gry:
W obu grach nie jest to skomplikowane. Schodzimy na pierwszy poziom, sieczemy i rąbiemy, lootujemy, sprzedajemy dobra w mieście i powtarzamy procedurę schodząc coraz niżej, zbierając coraz lepszy sprzęt i walcząc z lepszymi przeciwnikami. W Fate celem jest zabicie losowo wygenerowanego silnego bossa na losowym poziomie podziemi (w okolicach 45). Angband zadanie stawia znacznie ambitniejsze – zabić samego Morgotha urzędującego na 100, najniższym poziomie Angbandu.
Angand jednak jest produkcja zdecydowanie bardziej hardkorową, ponieważ śmierć (o którą nietrudno) jest w nim ostateczna i nieodwołalna, podczas gdy w Fate wiążę się tylko ze stratą Expo i sławy albo złota. Czy to wada? Tak! Jedynym ratunkiem jest wykonywanie kopii zapasowej sejwa co 15 minut, aby potem nie zgrzytać zębami, gdy dwa tygodnie gry szlag trafi.
No tak… sterowanie. Angband obsługuje się niczym najbardziej skomplikowany symulator lotu. Podwójne obłożenie (normalnie i +shift) połowy klawiatury jest naprawdę męczące.
Podziemia:
Losowo generowane, przy czym zbadany i potem opuszczony poziom jest resetowny łącznie z układem labiryntu w Angbandzie, a tylko jeśli chodzi o rozmieszczenie potworów i znajdziek w Fate. Takie rozwiązanie bardziej mi się podoba, ale opinie na forach są bardzo różne. Angband oferuje niezliczone wprost rodzaje przeciwników, setki mini-bossów (od Farmera Magota do Glaurunga), wiele przedmiotów znanych z książek i tysiące nowych oraz… nic więcej.

Fate ma znacznie mniej różnorodnych przeciwników, ale jednocześnie są oni jakby „normalniejsi” (walka z 20 różnymi rodzajami szlamu z Angbandu? brrr). Do tego na planszach losowo rozmieszczane są fontanny uzdrawiające, pomniki z których można wydrapać szlachetne kamienie (do tego magiczne), kowadła służące do losowego ulepszania ekwipunku i ołtarze, które mogą zwiększyć lub zmniejszyć cechy postaci.

Ekwipunek:
Dużych różnic nie ma. W Fate zakładamy na siebie od głowy patrząc hełm/kapelusz, naszyjnik, zbroję, rękawice, dwa pierścienie, pas i buty, a w Angbandzie do tego jeszcze płaszcz i naramienniki. To co nosimy w torbie jest w Fate ograniczone objętościowo (np. cztery pierścienie albo miecz), a w Angbandzie wagowo, a do tego można mieć tylko 26 zajętych slotów (slot to jedna broń, księga czarów itp, albo do 99 stackowalnych przedmiotów – mikstur, strzał itp.).
Trudno określić, który hack&slash umożliwia skorzystanie z większej liczby broni, zbroi i czarów. Oba mają naprawdę niezły ich katalog. Magiczne wersje mogą zadawać więcej obrażeń, podpalać wrogów, ranić demony czy nieumarłych, odrzucać trafionych, zwiększać cechy… Plusem Fate’a jest jednak to, że każdą zmianę sprzętu widać gołym okiem na postaci (… chyba błędem było porównywanie tak różnych gier…)
Endgame:
Doszliśmy do głównego złego, zabiliśmy dziada i co dalej? W Angbandzie szczerze mówiąc – nie wiem. Dojście choćby do połowy podziemi wymaga tygodni, a potem i tak pewnie Saruman zabije Cię w dwie minuty.
Fate pozwala na kontynuowanie gry i zejście aż 2 miliony poziomów wgłąb, ale po wykonaniu celu gry pojawia się opcja przejścia na emeryturę. „Tworzy” się wtedy nową postać, potomka poprzedniej, której przekazuje się jeden przedmiot z ukończonej właśnie gry. Rodowe dziedzictwo nabywa wtedy kilka nowych magicznych bonusów, a wszystkie stare zostają ulepszone. I można grać kolejny raz. Choćby i 10 razy, po którym 1-poziomowy bohater z pierścieniem +300% do wszystkich statystyk, +100 do blokowania itp nie znajdzie w podziemiach żadnego godnego przeciwnika.

Tym sposobem doszliśmy do końca. Swego czasu zagrywałem się w Angband do upadłego i kiedy zaczynałem pisać spodziewałem się, że porównanie nie wyjdzie Fate na zdrowie. Okazało się jednak inaczej, więc niekoniecznie „wszystkie te nowe gry nie są takie dobre jak kiedyś”. Sam, aż się zdziwiłem, ale wolę jednak baśniowy, kolorowy świat Fate, do którego ciągle ukazują się dodatki wzbogacające gameplay (nowe miasta, typy lochów, potwórów). Końcowej punktacji brak, ale byłoby dużo dla niego kontra mało dla Angbandu. Cóż… panta rhei.